Hola
Buenas
Przed nami pierwsza wizyta na hiszpańskiej wyspie. Mallorca. Pomysł kiełkował. Pomysł dorastał. Pierwsze co to zakup biletów. Pierwotnie planowany termin kłócił się z terminem egzaminu na prawo jazdy Szymona. Znaleźliśmy inny dogodny termin i nie było już odwołania. Postanowiliśmy namówić znajomych. Znani i sprawdzeni we wspólnych podróżach świebodzińscy globtroterzy postanowili towarzyszyć nam we wspólnej podróży. Bilety kupiliśmy również Julii i jej chłopakowi ale zrezygnowali z wyjazdu. Kolejnym krokiem było znalezienie apartamentu dla naszej szóstki. Tym zajęła się moja esposa i finalnie wylądowaliśmy w Miejscowości Can Picafort na północy wyspy, niedaleko miasteczka Alcudia. Casa Jordi – zdecydowanie polecam. 190 metrów, trzy sypialnie, basen, przestronny salon. Cisza i spokój. Następny krok to wynajem samochodu. Będąc w Hiszpanii korzystamy zazwyczaj z OKMobility i tak było tym razem również. Ja zdecydowałem się na Seata Ibizę lub podobnego klasą (Peugeot 208 GT – czerwony, żwawy rumak, taki samochód dostałem). Pełne ubezpieczenie, szybka obsługa. O tym nieco później gdyż podczas odbiór samochodów było kilka fajnych zdarzeń. Wyspa słynie z wyśmienitych tras rowerowych. Podjazdy w górach, szybkie trasy wsród pól. Szukając roweru dla siebie trafiłem na wypożyczalnię Pacos Rent Bike – Ecobikes w Porta de Alcudia i wśród takich marek jak Beria, Lapierre, Ridley, znalazłem włoską Botecchia. Wersja karbonowa z pełnym ubezpieczeniem, tylko 35 euro za dzień. Plus dodatki w postaci lampek, pedałów SPD, i uchwytu pod licznik.
A plan wycieczki rodził się na bieżąco. O wszystkim podczas tego wyjazdu decydowała pogoda i upalne, tropikalne temperatury. Oczywiście przygotowując się do penetracji wyspy od strony rowerowej poczytałem co jest kultowe, gdzie trzeba być, jaki podjazd wybrać też pod własne umiejętności. O tym nieco później.


Podróż zaczyna się lekko nerwowo gdyż zapomniałem o jednym ważnym fakcie. Kupiłem jeden bagaż rejestrowany i powinnienem nadać go do przed odprawą. Ale zapomniałem jaką opcję wybrałem i skończyło się dodatkową opłatą podczas odprawy.
Wylot z Berlina o normalnej porze. Na Lotnisku w Palma de Mallorca jesteśmy około 20.30. Idziemy do naszej wypożyczalni. W głównej hali lotniska w Mallorca jest pierwszy punkt gdzie możemy zarezerwować samochód. Nie dotyczy to wcześniejszych rezerwacji online. Zatem, zgodnie z sugestiami idziemy na 2 piętro parkingu i znajdujemy punkt obsługi. Wybieramy numerek i czekamy. Po 10 minutach idę pierwszy. Przesympatyczny facet z obsługi ma żonę z Polski. Z Lublina dokładnie. Uwielbia pierogi i bigos. Ja cieszę się bardzo. On też. Odbieram kluczyki i pomagam Krzyśkowi. Jego serwisantka to pół Włoszka, pół Urugwajka. Wywiązuje się między nami dłuższa rozmowa. Jest sympatycznie ale robi się późno a przed nami jeszcze 45 minut drogi. Jako że jest już po 22 a to oznacza że w sobotę sklepy są już zamknięte. Postanawiamy dojechać do Can Picafort i na miejscu poszukać jakiegoś czynnego sklepu. Mój lew prowadzi się świetnie. Małe, szybkie, zwinne auto.


W Can Picafort w centrum miasta trafiamy jeszcze na czynny sklep. Co prawda do jedzenia niczego nie ma ale za to zimne piwo łagodzi trudności związane z podróżą. Apartament okazuje się być fajnie zapowiadającym się miejscem do wypoczynku. Plan na kolejny dzień. Zrobić zakupy na śniadanie. Odebrać rower. Poznać pierwszy kultowy podjazd na Majorce. Formentor. Odpocząć.
W niedzielny poranek udajemy się do jednego ze sklepów sieci Lidl i uzupełniamy naszą lodówkę. Kawa, cornetto. Dżem. Jamon czyli hiszpańska szynka. Oliwa. Bagietka i świeży pomidor.
Zaraz po tym jadę po rower. Rumak czeka już na mnie. Zresztą kontakt z wypożyczalnią jest świetny. Dzięki whatssup szybko dowiaduję się że wybrany przeze mnie punkt odbioru akurat w tą niedzielę jest nieczynny. Nic nie szkodzi, mogę to zrobić w kolejnym.
Wszystko sprawnie i bez problemów. Korekty ustawień i mogę ruszać. Pierwsze 15 kilometrów pokonuję w towarzystwie pary Hiszpanów. Jadą w kierunku Formentor. A cóż to takiego ten Formentor. Najdalej wysunięta na północ część wyspy. Na jej ujściu stoi latarnia morska. W pełnym sezonie możemy dojechać tam tylko właśnie rowerem lub specjalnym autobusem linii 334. Pierwsza część trasy prowadzi wzdłuż wybrzeża. Morska bryza, delikatny wiaterek, góry wokoło. I słońce. Ponad 35 stopni. Port de Alcudia, Alcudia. … i mijając ostatnie rondo zaczyna się podjazd. Coll de la Creueta. Serce pracuje na maksymalnych obrotach. Muszę kontrolować tętno. Średnia 5,9%. Temperatura. Zmęczenie dnia poprzedniego powodują że pierwsze kilometry podjazdu okazują się być ciężkim przeżyciem. Pełna kontrola. Po kilku minutach cieszę się już pierwszymi widokami. Zjazd w dół i zaczynam kolejny, dłuższy tym razem odcinek podjazdu pod Formentor. Na początku niewinnie w otoczeniu drzew i krzewów, powoli się wspinam. Zaczynają się skały i zaczyna się robić bardziej stromo. Wąsko. Trzeba uważać szczególnie na autobusy. Pierwszy tunel. Piękna zatoka pode mną. Zaczyna delikatnie wiać. Ostatnie metry i jestem pod latarnią. Podziwianie widoków. Uzupełnienie bidonów. Może zaczynać zjazd, który miejscami ku mej uciesze jest szybki i ponownie Coll de la Creueta. Temperatura piekielna. Satysfakcja ogromna. Jestem na przełęczy. Parking, wyjście na punkt widokowy. Moim oczom pojawia się droga, wijąca się w górach. Nie daje mi to spokoju i oczywiście wjeżdżam zaciekawiony dokąd ona prowadzi. Na samym jej szycie stoi wieża, na którą można wejść, jest mały parking i informacja że to wszystko co widzimy to pozostałości po wojnie. Całe wzgórze pełniło funkcje militarne. Nie będę ukrywał że końcówka tego podjazdu mocno mnie zmęczyła. Musiałem stanąć i zebrać się na nowo. Asfalt oddający ciepło podczas podjazdu jest masz wrażeniem piecem hutniczym rozgrzanym do maksimum.


Droga w dół jest już wielką przyjemnością. Uwielbiam pokonywać zakręty z dużą szybkością. Ostatnie płaskie kilometry są szybkie. Ostatecznie 88 km i prawie 1500 m przewyższeń. 3500 tysięcy spalonych kalorii.
Wieczorową porą udajemy się na promenadę. Hiszpania wygrała 4:0. Przecież trwają mistrzostwa świata. Hiszpania i Argentyna.
Koszulka reprezentacji Hiszpanii którą mam na sobie robi wrażenie na innych.
Cudowne zakończenie fajnego dnia. Tinto di Verano z owocami smakuje wyjątkowo dobrze. Dodatkowo makaron z kalmarami i krewetkami. Che bonito!!!
I tak oto niedziela za nami. Trochę w nogach, trochę w głowie. To wyspa stworzona dla kolarzy. Muszę dodać. Wypożyczalni z rowerami jest tu więcej niż u nas sklepów z popularną żabą. Można w sumie wypożyczyć wszystko co jest produkowane. Rose, Botecchia. Beria.


Kolejny dzień zapowiada się pod kątem rowerowym jeszcze bardziej zjawiskowo. Sa Calobra. 10 km podjazdu ze średnia 7,7%. W tym miejscu będę jeszcze raz już samochodem ale z pewnością widoki i trudności warto opisać. Wycena podjazdu – dla doświadczonych kolarzy. Ja swój podjazd zaczynam w miejscowości Pollenca. Początkowe kilometry płaskie. Świetny asfalt. Przede mną podjazd na Coll de Femenia, ponad 7 km, średnia 5,5-6%. Różnica poziomów ponad 400 metrów. Słońce już nieźle operuje na niebie. Po poprzednim Formentor serce już pracuje normalnie. Podziwiam widoki. Dość sprawnie pokonuję ten odcinek. Jestem na wysokości skrętu drogi do sanktuaria w Lluc. Tu jeszcze dwa kilometry i jestem na rozjeździe do Inca lub Sa Calobra właśnie. Skręcam w prawo. Kilka kilometrów szybkich interwałów i docieram do rozjazdu Soller i Sa Calobra. Po w dużej mierze zacienionym fragmencie drogi między Lluc a skrętem na Sa Calobra, teraz czeka mnie tylko przyjemność jazdy w słońcu. Coll dels Reis, 2,5 km i 6,4%. Jedziemy razem z jednym z innych pasjonatów dwóch kółek. Przełęcz osiągnięta. Teraz 10-cio kilometrowy zjazd. Droga węża. Ależ to imponujące. W szczytowym momencie mam ponad 80 km/h. Wyprzedzam wszystko i wszystkich. Docieram do Sa Calobra. Che bonito. Co za widoki. Piękne zatoczki. Mało turystów. Szybka kawa. Chwila odpoczynku i czas na powrót. Podjazd ma 10 km i średnią 7,7%. Zaczynamy podjazd, mija mnie jeden, kolejny, następny kolarz. Jedź swoje. Chłodna głowa. Pamiętaj to 10 km pod górkę. W pełnym słońcu. Mniej więcej po połowie podjazdu doganiam pierwszych mijających mnie wcześniej kolarzy. Na przełęcz docieram zaraz za pierwszymi. Kolejny zjazd. Naście kilometrów drogi powrotnej w kierunku Lluc. Zatrzymuję się w kultowym dla kolarzy barze na Coll de se Batalla. Zimna cerveza. Doble caffe. Relaks. Przede mną jeszcze około 13 km drogi powrotnej. Końcówka była ciężka. Skończyły mi się płyny. Ale przeszczęśliwy docieram na parking. W sumie ponad 90 km i 1850 przewyższeń. Podjazd Sa Calobra w aplikacji Strava jest bardzo popularny. Kilka dni przede mną trenowała tu czołówka zawodowego peletonu. 24, 24 minuty średnio zabierał im podjazd. A ja? 45 minut i pełne zadowolenie. A jaka jest różnica między zawodowcem a amatorem. Sami widzicie. Generalnie podjazdy to apokalipsa. Wewnętrza spowiedź przed sobą samym. Pokuta. Relaks. Świadomość swojej wielkości. Ja kocham bardzo. Me encanta. Jak mawiają Hiszpanie. Narodził się również projekt wyjazdu w przyszłym roku z zaprzyjaźnionymi kolarzami.


Wieczorem postanowiliśmy odwiedzić Formentor. Dotarliśmy jednakże tylko do punktu widokowego, poprawnie nazywanego Mirador es Colomer, gdzie rozpościera się piękny widok na Formentor właśnie i okolice. Przegraliśmy z temperatura. Po 18 mieliśmy ponad 38 stopni. Trafiliśmy na najcieplejszy wówczas wieczór. Zawróciliśmy i zatrzymaliśmy się w pięknym, urokliwym miasteczku, Alcudia. Stare Miasto otoczone średniowiecznymi murami, z wąskimi uliczkami i restauracjami oraz barami stanowi bezsprzecznie miejsce które koniecznie trzeba odwiedzić. Ktoś powie. Takie samo jak tuzin innych już wcześniej widzianych. Nic bardziej mylnego. Szczególnie właśnie stara część miasta przyciąga. Klimatyczne bary, restauracje. Sklepiki z rękodziełem. Alcudia była kiedyś stolicą Majorki a kolejną ciekawostką jest fakt że miasto było pod władaniem chyba wszystkich. Fenicjanie, Arabowie, Rzymianie. Obecnie jest pod patronatem Katalonii. Zresztą dialekt Catalan słyszalny jest tu bardzo często. Kolejna ciekawostka. Spacer po murach obronnych. My odpuściliśmy tylko ze względu na upał. Pamiętajcie. Alcudia jest miejscem gdzie warto wejść do jej wnętrza i odpocząć. Spojrzeć na otaczające nas budynku, uliczki. Kontemplacji czas.


Nie wiem czy tak macie ale ja zawsze od momentu kiedy postawię nogi na ziemi w danej destynacji, wiem i czuję to że dane miejsce będzie ciekawe i interesujące. Może to wpływ pogody, otoczenia, współtowarzyszy. Nie wiem ale tym razem, zaraz po wylądowaniu czułem że wyspa mnie zauroczy. I już po dwóch dniach jestem w niej zakochany.
Dlatego, już planujemy kolejną podróż.
Tym czasem. Hasta Luego.
Do usłyszenia niebawem.
Buenas tardes.